|
Celebracja kobiecości.
Mądre głowy obliczyły, że przeciętna Brytyjka w ciągu roku nakłada na własną twarz dwa kilogramy najprzeróżniejszych maseczek i kremów...
Tym razem piszę do Was zainspirowana wątkiem, który pojawił się na szpilkowym forum. Z tematu pochylającego się nad prawami kobiet zrodziła się dyskusja o pięknie. Czy też o do owego piękna dążeniach.
Mądre głowy obliczyły, że przeciętna Brytyjka w ciągu jednego roku nakłada na własną osobistą twarz dwa kilogramy najprzeróżniejszych maseczek i kremów. Inni pokusili się o stwierdzenie, że większość z nas już w wieku 12-13 lat rozpoczyna rozmyślania nad własną powierzchownością. Zaczyna się wcieranie, skubanie, korygowanie i wieczne kręcenie nosem.
Bo jednej naszej pierwotnej cechy nie da się zwalczyć - kobiecości. Lubimy eksperymentować, czuć się dobrze we własnym ciele i się podobać - jedne sobie, drugie koleżankom, a jeszcze inne swojemu mężczyźnie - i co w tym złego? Takie jesteśmy (choć oczywiście nie wszystkie) i cieszmy się z tego. Róbmy te wszystkie głupiutkie rzeczy - godzinami dobierajmy sobie ciuchy i fryzury, róbmy maseczki z ogórków i malujmy sobie kwiatki na paznokciach u stóp. Plotkujmy aż nam szczęki zdrętwieją, obżerajmy się czekoladkami, bo facet zawiódł, ryczmy na kiepskich romansidłach, chodźmy parami do ubikacji, wstawajmy godzinę wcześniej, żeby nawinąć włosy na wałki i nałożyć makijaż - o ile sprawia nam to przyjemność. Szukajmy nowych trendów w modzie i kosmetycznych nowinek, wypróbowujmy je na imprezach, rozmawiajmy o nich z koleżankami. I cieszmy się, że w nawale codziennych poważnych spraw znajdujemy czas na odrobinę naiwności i beztroski. Większości z nas nie przeszkadza to w byciu rozsądną i ambitną przez resztę dnia.
Można by stwierdzić, że walka ze stereotypem to przejaw feminizmu w czystej postaci. Jak dla mnie – nic bardziej mylnego. Feministki od zawsze walczyły przecież o wolność. A co wspólnego z wolnością ma wpadanie z jednego stereotypu w drugi? Wszak wolność to swoboda w wyrażaniu siebie, możliwość zaspokajania swoich potrzeb. Dlaczego więc feministki usilnie próbują mi wmówić, że jako kobieta inteligentna powinnam się kryć ze swoją sympatią do czerwonej pomadki? Że kobiecie inteligentnej nie wypada być… kobiecą. A dlaczego do cholery miałabym być w swej wywalczonej wolności nie dość że ograniczana, to jeszcze przymuszana do zmycia mejkapu i noszenia spodni?
I oczywiście rozumiem święte oburzenie (ba! nawet się pod nim podpisuję!), kiedy zaczyna się dyskusja nad współczesnym modelem wychowywania dziewczynek. Bo niby z jakiej paki na ZPT chłopcy mogli rzeźbić w mydle fascynujące formy misio-podobne, a nas z automatu zaganiano do garów i robienia na drutach? Dlaczego nikt nie zapytał mnie, na co ja osobiście miałabym ochotę (a zawsze marzyłam o zrobieniu karmnika dla sikorek i lutowaniu z kalafonią)? Tak, oczywiście, życie w takim systemie i w takim schemacie może, a nawet powinno budzić sprzeciw.
Niemniej jednak, żadnej z Was (nas!), poważnych profesjonalistek, specjalistek, bizneswoman korona z głowy nie spadnie, jeśli raz spróbuje się odprężyć w spa... Uwaga - może Wam się to nawet spodobać! ;) I dobrze, zawsze to o jeden sposób na relaks po długim dniu pracy więcej.
Czy dbanie o siebie uniemożliwia nam bycie inteligentnymi? A może to strach, że tak właśnie, stereotypowo, będą nas postrzegać mężczyźni? Same się w ten stereotyp wtłaczamy - dlaczego pani profesor zawsze musi być szara i zaniedbana, najlepiej w wielkich okularach sprzed dekady i męskim (!) garniturze. A co jeśli ja, po powrocie wykładów, mitingów, super-ważnych-narad lubię wskoczyć do wanny z pachnącą pianą i poczytać o babskich pierdołach? To wstyd? I czy umniejsza to mojej inteligencji?
Myślę, że bardziej żenujące byłoby podjęcie walki. Ze sobą. Z tym, że lubię pogrzebać na kobiecej półce, że lubię się dobrze ubrać. I w pewnym sensie lubię, kiedy mężczyźni mnie zauważają. I nie to lubienie jest płytkie, a to, kiedy nie potrafię się do niego przyznać.
Takie jesteśmy (w powalającej większości) i już. W większym lub mniejszym stopniu naiwne, przesadnie uczuciowe, płaczliwe i rozkoszne, rozkochane w butach i torebkach, zbzikowane na punkcie diet (byle racjonalnych). I dobrze. Celebrujcie swoją kobiecość w taki sposób, na jaki macie ochotę. A że jakaś chłopczyca nazwie Was płytkimi… cóż, sama musi być płytka, jeśli wydaje jej się, że makijaż, garderoba i gary mogą stanowić jedyną i najważniejszą treść czyjegoś życia.
Wasza Depresjonistka 
|