|
Używana miłość
Poniedziałek, to dla kobiet takich jak ja nie tylko początek nowego tygodnia. To coś więcej. To dzień dostawy. Dzień, w którym wyruszam na łowy i z których wracam z perełkami kupionymi za przysłowiowe grosze.
Sklepy Second hand, bo to właśnie je wielbić będę w tym artykule, cieszą w Polsce coraz większym powodzeniem. Czasy, kiedy ubrania z drugiej ręki kupowali ludzie ubodzy, których nie stać było na nowe fatałaszki to prehistoria.
Dziś zaglądają tam coraz większe rzesze fanów. Nie tylko osoby starsze i uboższe, ale i te młode, majętne, stylowe i oryginalne, które podobnie jak ja uwielbiają ekscytujące poszukiwanie skarbów, za które zapłacimy dużo mniej niż w tradycyjnej sieciówce.
Zaglądamy tam bez wstydu, bo i nie widać ku niemu powodów. Fakt, że chcemy wyglądać zupełnie inaczej, dodatkowo niewielkim kosztem jest chlubą i bardziej powodem do dumy, aniżeli wstydu.
Nie wszystkie ubrania są nowe, choć podczas kilkuletnich praktyk spotkałam całą masę firmowych ewenementów jeszcze z metkami! Ostatni, to na przykład nowe szorty z Primarku (brytyjska firma, coś na kształt Zary czy Reserved) za bagatelną kwotę - 25 złotych! W dniu dostawy -należy dodać- a wtedy ubrania są najdroższe, choć wiadomo że i wybór jest dużo większy aniżeli w sobotę.
Nie wszystkich jednak ten argument przekonuje. Do tych bardziej opornych przemówi może fakt, że wszystkie ubrania są czyszczone chemicznie. Poza tym szczerze przyznam, że rzadko kiedy spotykam podczas łowów ubrania zniszczone, zabrudzone czy z dziurami. Z reguły największy defekt to małe rozprucie, brak guzika czy zepsuty zamek. A z tym przecież każda kobieta umie sobie poradzić!
Samo poszukiwanie perełek to ekscytująca i wciągająca gra. Szczególnie w dniu dostawy, kiedy tuż przed otwarciem sklepu przed drzwiami koczuje (idealne słowo!) tabun spragnionych wrażeń i rządnych lumpeksowych skarbów kobiet. Wierzcie mi, naprawdę warto, choć czasami trzeba wykazać się niemałą cierpliwością. Wszystko to jednak jest niczym, w porównaniu do satysfakcji i radości, jaka rozpiera duszę, gdy znajdziemy coś ładnego, modnego i zupełnie innego niż to, co proponują tradycyjne sieciówki, dodatkowo za nieduże pieniądze!
Kuszę...? I słusznie! Sklepy te bowiem są fantastycznym miejscem do kompletowania garderoby i dodatków. Ze znalezieniem lumpeksów w naszym mieście nikt nie powinien mieć problemów. Są praktycznie wszędzie, wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć, przełamać wewnętrzne opory i wejść... a później dać się ponieść emocjom i zawzięcie wertować wieszak za wieszakiem.
Następna dostawa co prawda dopiero za tydzień, jednak ja już dzisiaj życzę Wam udanych i owocnych łowów!
Lumpexoholiczka
Używana miłość
Poniedziałek, to dla kobiet takich jak ja nie tylko początek nowego tygodnia. To coś więcej. To dzień dostawy. Dzień, w którym wyruszam na łowy i z których wracam z perełkami kupionymi za przysłowiowe grosze.
Sklepy Second hand, bo to właśnie je wielbić będę w tym artykule, cieszą w Polsce coraz większym powodzeniem. Czasy, kiedy ubrania z drugiej ręki kupowali ludzie ubodzy, których nie stać było na nowe fatałaszki to prehistoria.
Dziś zagląda tam coraz większe rzesze fanów. Nie tylko osoby starsze i uboższe, ale i te młode, majętne, stylowe i oryginalne, które podobnie jak ja uwielbiają ekscytujące poszukiwanie skarbów, za które zapłacimy dużo mniej niż w tradycyjnej sieciówce.
Zaglądamy tam bez wstydu, bo i nie widać ku niemu powodów. Fakt, że chcemy wyglądać zupełnie inaczej, dodatkowo niewielkim kosztem jest chlubą i bardziej powodem do dumy, aniżeli wstydu.
Nie wszystkie ubrania są nowe, choć podczas kilkuletnich praktyk spotkałam całą masę firmowych ewenementów jeszcze z metkami! Ostatni, to na przykład nowe szorty z Primarku (brytyjska firma, coś na kształt Zary czy Reserved) za bagatelną kwotę - 25 złotych! W dniu dostawy -należy dodać- a wtedy ubrania są najdroższe, choć wiadomo że i wybór jest dużo większy aniżeli w sobotę.
Nie wszystkich jednak ten argument przekonuje. Do tych bardziej opornych przemówi może fakt, że wszystkie ubrania są czyszczone chemicznie. Poza tym szczerze przyznam, że rzadko kiedy spotykam podczas łowów ubrania zniszczone, zabrudzone czy z dziurami. Z reguły największy defekt to małe rozprucie, brak guzika czy zepsuty zamek. A z tym przecież każda kobieta umie sobie poradzić!
Samo poszukiwanie perełek to ekscytująca i wciągająca gra. Szczególnie w dniu dostawy, kiedy tuż przed otwarciem sklepu przed drzwiami koczuje (idealne słowo!) tabun spragnionych wrażeń i rządnych lumpeksowych skarbów kobiet. Wierzcie mi, naprawdę warto, choć czasami trzeba wykazać się niemałą cierpliwością.Wszystko to jednak jest niczym, w porównaniu do satysfakcji i radości, jaka rozpiera duszę, gdy znajdziemy coś ładnego, modnego i zupełnie innego niż to, co proponują tradycyjne sieciówki, dodatkowo za nieduże pieniądze!
Kuszę...? I słusznie! Sklepy te bowiem są fantastycznym miejscem do kompletowania garderoby i dodatków. Ze znalezieniem lumpeksów w naszym mieście nikt nie powinien mieć problemów. Są praktycznie wszędzie, wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć, przełamać wewnętrzne opory i wejść... a później dać się ponieść emocjom i zawzięcie wertować wieszak za wieszakiem.
Następna dostawa co prawda dopiero za tydzień, jednak ja już dzisiaj życzę Wam udanych i owocnych łowów!
????????Lumpexoholiczka"
|