Reklama
Reklama
Reklama

Po godzinach:

Wyścig po samorządowe stołki...


Wychodzę z domu, przeciągam się leniwie i nagle... zamieram w bezruchu, bo przygląda mi się uważnie kilkanaście par oczu... pustych, martwych oczu z plakatów wyborczych, które ubiegłej nocy pojawiły się znienacka na moim osiedlu.


Taaaa... Znaczy, że wyścig po intratne samorządowe stołki wystartował na dobre. Niesamowicie nie znoszę wyborów samorządowych... bawi mnie ta zaściankowa polityka tak samo jak zestawienie polskich filmów z hollywoodzkimi produkcjami – nie mówię tu oczywiście o ambicjach, bo te w każdej polityce i kinie są silne i dalekosiężne – ale o rozmachu i tak zwanym zapleczu technicznym oraz merytorycznym przygotowaniu. Maskra! Bo nagle pani Jola z warzywniaka pragnie zostać radną Rady Miasta, a pan Rysiek, na co dzień zasuwający w Philipsie przy taśmie, postanowił zaistnieć w Radzie Powiatu.

Mdli mnie na widok, powykrzywianych w nienaturalnym uśmiechu, twarzy kandydatów do samorządu, łypiących na mnie złowieszczo, jak tylko przekroczę próg własnego domu. Plakaty z wielkimi czerwonymi literami, głoszą uparcie, że pan Iksiński i pani Igrekowa będą wiedzieli co ważne dla mnie i innych mieszkańców mojego miasta. Mało tego! Będą potrafili swe ambitne plany wprowadzić w życie, nie to co ich poprzednicy – obiboki.

Nie będę tu pisać o wzmożonej politycznej aktywności zawsze, tuż przed wyborami i o przyspieszaniu i gwałtownym „wykańczaniu” ważnych dla mieszańców regionu inwestycji tuż przed końcem upływającej kadencji – bo to wszyscy doskonale wiemy. Napiszę za to o tym jak niezmiernie wnerwia mnie to małomiasteczkowe poklepywanie się po tyłkach i przekonanie, że jest się lepszym – ważniejszym od małych, maluczkich – nas – wyborców.

Kilka razy w swoim, za krótkim jeszcze życiu, widziałam i słyszałam rzeczy, dzięki którym tak właśnie myślę o samorządności. Pamiętam jak podczas jednej z akcji charytatywnych zorganizowanej przez pewne pilskie stowarzyszenie na rzecz potrzebujących dzieci – do głównego organizatora – niestety także „partyjnie umoczonego” - podszedł jeden „ważny” pan  i uderzył w te słowa:

- Po co Wojtuś z tym teraz wyskakujesz? Trzeba było poczekać pół roku – przed wyborami byłoby jak znalazł, ale nie... ty ku...a zawsze musisz się pchać przed szereg!

Pech chciał, że akurat nieszczęsny Wojtuś miał dobre serce i zapomniał biedaczyna, że nie ma się co wychylać. Nie uwzględnił również oczywistego faktu, że dzieci najbardziej potrzebujące są przecież przed wyborami.

Pewnie, że nie brak tu ludzi z powołaniem. Tu – czyli w naszej małej polityce, ale jeśli są i nie daj Boże dadzą to po sobie poznać – szybko zostanie im przypomniane, że partyjny łańcuch sięga im tylko do kuchni... Salony są dla zasłużonych.

Muszę z olbrzymią niechęcią przyznać, że i owszem na palcach jednej ręki, ale jednak, mogę wyliczyć kilka osób o olbrzymiej politycznej kulturze – kilka, niestety. Samorządowców z powołaniem, doświadczeniem i wiedzą merytoryczną, której niejeden politolog mógłby im pozazdrościć. Co z tego? Tu nie liczy się przygotowanie, tylko to kto głośniej umie szczekać.

I co, może zatem nie głosować? Musiałabym nie być sobą... Obowiązek i przywilej obywatelski jakim jest udział w demokratycznych wyborach został mi wpojony niczym alfabet. Pójdę, zagłosuję..., po raz kolejny, jak większość Polaków, wybiorę mniejsze zło.


Zrzęda

 

Aby móc dodawać komentarze musisz się zalogować.

PARTNERZY

 
REKLAMA
Reklama
Reklama