|
Najlepsze w sieci...
Co ma wspólnego niedyspozycja żony z zakupem nowej motorówki i dlaczego czasem lepiej nie zabierać męża na dansing? - czyli najlepsze kawały wszech czasów...

Czasem przy dłuższej chwili lubię pogrzebać w necie by znaleźć ciekawe historie i śmieszne anegdoty... są dni, że nie trafię na nic, co skłoniłoby kąciki moich ust, choćby do delikatnego drgnięcia... są jednak kawały, które niezmiennie, od wielu lat bawią mnie niemiłosiernie. Ponieważ za oknem plucha, w pracy urwanie głowy i jeszcze ząb mnie boli... postanowiłam, dla przypomnienia, podzielić się nimi również z Wami.
Światowy mąż
Żona uparła się, żeby mąż zabrał ją na dancing. Bardzo starał się wymigać, tłumaczył, że to bez sensu, że nie ma ochoty, że głowa go boli. Żona jednak nie ustąpiła i koniec końców poszli. Wchodzą do lokalu...
- Dzień dobry, panie Stasiu! - Od progu wita ich uśmiechnięty szeroko portier. Żona zdziwiona. Spogląda na męża z niekryt ą ciekawością, uznała jednak, że to na pewno zbieg okoliczności. Tymczasem z sali wybiega równie uśmiechnięty kelner i pyta
- Dla pana ten sam stolik co zwykle? Żona jeszcze bardziej zdziwiona. Mąż tłumaczy, że pewnie go z kimś mylą. Podchodzi kelner
- Dla Pana to co zwykle? A Pani czego się napije? Żona zaczyna się wściekać. Wybuch rodzinnej awantury powstrzymuje jednak rozpoczynający się właśnie występ tancerki egzotycznej. Blond piękność ma właśnie zdjąć ostatni element odzieży gdy nagle uwodzicielsko pyta: kto z sali pomoże jej w tym zadaniu.
- St-asiuu! St-asiuu! - skanduje zgromadzony w lokalu tłumek. Tego już żonie było za wiele. Zerwała się i wybiegła z restauracji. On za nią. Wsiedli do taksówki i jadą do domu. Ona całą drogę robi mu wyrzuty. On uparcie tłumaczy, że to pomyłka. W końcu kierowca taksówki nie wytrzymuje, odwraca głowę i mówi:
- Co, panie Stasiu, takiej brzydkiej i pyskatej baby tośmy jeszcze nie wieźli.
Grunt to znać się na swojej robocie
Pierwszy dzień w pracy nowego sprzedawcy w olbrzymim centrum handlowym. Szef przyjmuje go na próbę i pod koniec dnia wzywa do siebie, by podsumować osiągnięcia nowego pracownika.
- No to ile transakcji dziś Pan przeprowadził? - pyta szef sprzedawcy
- Jedną, Panie kierowniku.
- Jak to?! Jedną?! Nasi sprzedawcy mają średnio od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu transakcji w ciągu dnia! Co Pan robił przez cały dzień? A właściwie to ile pan utargował?
- Trzysta osiemdziesiąt tysięcy dolarów. - powiedział wyraźnie zadowolony z siebie pracownik.
- Trzy... sta... osiem... dziesiąt... tysięcy? Na Boga, co pan sprzedał?! - wydusił z siebie osłupiały kierownik
- No, na początku sprzedałem mały haczyk na ryby...
- Haczyk na ryby? Za trzysta osiemdziesiąt tysięcy?
- Potem przekonałem klienta żeby wziął jeszcze średni i duży haczyk. Następnie przekonałem go, że powinien wziąć jeszcze żyłkę. Sprzedałem mu trzy rodzaje: cienką, średnią i grubą. Wdaliśmy się w rozmowę. Spytałem gdzie będzie łowić. Powiedział że na Missouri, dwadzieścia mil na północ. W związku z tym sprzedałem mu jeszcze porządną wiatrówkę, nieprzemakalne spodnie i rybackie gumowce, ponieważ tam mocno wieje. Przekonałem go, że na brzegu ryby nie biorą, no i tak poszliśmy wybrać łódź motorową. Spytałem go jakie ma auto i okazało się, że jest za małe aby odwieźć łódź, w związku z czym sprzedałem mu przyczepę.
- I wszystko to sprzedał pan człowiekowi, który przyszedł sobie kupić jeden, jedyny haczyk na ryby?! -spytał wciąż zadziwiony kierownik
- On przyszedł z zamiarem kupienia podpasek dla swojej żony. Zaproponowałem mu, że skoro w weekend nici z seksu, to może pojechałby przynajmniej na ryby...
Mysia mądrość
Środek nocy, ciemno i cicho... z kuchni dochodzi cichy szmer... w promieniach księżyca widać wyłaniającą się z lodówki grubą, białą mysz. W jednej łapce trzyma półkilogramowy kawałek sera, w drugiej zaś pęto kiełbasy, które mozolnie wlecze za sobą... W sypialni obok słychać spokojne chrapanie gospodarzy. Mysz delikatnie i z gracją przeciska się przez szparę w drzwiach i pełznie w stronę szafy, za którą znajduje się wejście do jej norki. Nagle! W promieniach księżyca dostrzega pułapkę na myszy, wewnątrz której znajduje się suchy skwareczek słoninki. Mysz kręci z dezaprobatą łebkiem i mruczy pod nosem :
- Jak dzieci, kur.., jak dzieci...
Z życia wzięte – czyli makabryczne wyznanie małej Marysi.
Na koniec historia z pogranicza czarnego humoru, w roli głównej moja wówczas trzyletnia siostrzenica Marysia.
Zmarła nasza sędziwa, blisko dziewięćdziesięcioletnia ciocia. W pogrzebie uczestniczyła także mała Marysia i była to jej pierwsza uroczystość przepełniona tak dużą dozą smutku, wszyscy staraliśmy się zatem, aby wyciągnęła z niej odpowiednie wnioski i jednocześnie by nie było to dla niej zbyt traumatyczne przeżycie. Gdy miesiąc później odwiedziliśmy cmentarz, mała zdawała się zupełnie nie pamiętać tego miejsca. Ponieważ była to słoneczna niedziela, Marysia biegła beztrosko cmentarną alejką, mijając tłumnie odwiedzających miejsca pochówku swoich bliskich mieszkańców Piły. Nagle! Stanęła jak wryta i oznajmiła wszystkim znajdującym się w promieniu kilometra, krzycząc na całe gardło:
-Wiem, wiem... poznaję to miejsce... tutaj ostatnio „zakopaliśmy” ciotkę!
Prawie obcasy połamałam z wrażenia;) |