Reklama
Reklama
Reklama

Po godzinach:

Władza, władza…

 

 

Bezduszność, śliskość i zakłamanie... te trzy słowa przychodzą mi do głowy, gdy myślę o polityce samorządowej... może niesłusznie, może trochę na wyrost, ale tak właśnie postrzegam zdecydowaną większość małomiasteczkowych frontmanów partii politycznych oraz bliżej nieokreślonych ugrupowań i stowarzyszeń.


Nie znajdziecie tu nazwisk i konkretnych funkcji, ale postaram się na przykładach, z życia wziętych pokazać Wam, drogie panie, kto pcha się do władzy na szczeblu samorządowym, czyli w Naszym mieście, ościennych gminach i powiatach.

Dlaczego do steru zawsze pchają się ci, którzy jako ostatni powinni się tam znaleźć? Nie wiem..., może to brak wyczucia i samokrytyki pozwala im, w pewnym momencie, pomyśleć, że to właśnie im pisane jest rządzić... choćby miasteczkiem, choćby gminą, jak się nie uda, najczęściej lądują chociaż w radzie osiedla;)

Wyobraźcie sobie... koniec czerwca, słupek rtęci wskazuje coś koło 35 stopni, duszno, nie ma czym oddychać... betonowy plac w pełnym słońcu, gromada popleczników w garniturach i poczty sztandarowe ze szkół i instytucji z terenu naszego regionu. Sztandary lśnią w słońcu, uśmiechnięte dziewczęta prężą się przy ich boku. Niby sympatycznie..., panowie „ważni” siedzą na wygodnych krzesełkach, słuchają siebie nawzajem, żwawo biją brawo..., mija godzina... upał nie słabnie, powietrze drga nad rozgrzanym asfaltem... pada pierwsza dziewczynka z pocztu sztandarowego... mija druga godzina... powietrze jest jak z ołowiu, słońce pali niemiłosiernie... padają dwie następne... ktoś je pozbierał, ocucił, odprowadził w cień... mija trzecia godzina... sama miałam ochotę paść, mimo że dla mnie znalazło się krzesełko... mokra jak szczur, zmęczona, znużona, znudzona... koszmar..., w sumie zasłabły cztery dziewczynki, ale nie popsuło to humoru jednemu „ważnemu”, siwemu panu, który przemawiał długo i siarczyście, a dorwawszy się do mównicy trząsł się z podniecenia i z niekrytą rozkoszą, chłonął brawa współtowarzyszy..., gdy już się zdawało, że skończył, okazywało się szybko, że zszedł ze sceny tylko po to, by po chwili znów na nią wkroczyć, niby z innej okazji, niby od niechcenia... i znów przemawiać z niebywałym zawzięciem... I chyba trochę go drażniły te padające małolaty, za jego czasów to było, z pewnością, nie do pomyślenia.

Parę ładnych lat temu byłam pełna podziwu dla tych, którzy poświęcają swój wolny czas i nierzadko pieniądze, po to by innym żyło się choć troszkę lepiej. Z chęcią jeździłam na różnego typu przyjątka i bankieciki podsumowujące najróżniejszej maści akcje charytatywne czy inwestycje mające służyć „dobru publicznemu” długo nie mogłam zrozumieć dlaczego na jednych pojawiają się stadnie włodarze i politycy, inne zaś rozgrywają się w ciasnym gronie wolontariuszy. Olśnienie przyszło nagle i niespodziewanie – cykl wizyt tych „ważnych” person miał bowiem pewną prawidłowość – nasilał się wyraźnie co dwa lata. Im bliżej wyborów, tym tłumniej stawiali się na wszystkich uroczystościach, czasem nawet nie wiedząc z jakiej okazji są organizowane. Doszło do tego, że tuż przed wyborami do samorządów lokalnych, nowo wyremontowany kilometr szosy na bliżej nie znanym nikomu zadupi otwierało piętnastu znamienitych gości. Uśmiałam się do łez patrząc jak nacinają po kawałeczku pseudo wstęgę – bardziej przypominającą wstążkę prosto z kwiaciarni. Podchodzili do niej z namaszczenie po kolei – wedle ważności – by w końcu ten naj naj... spośród nich dostąpił zaszczytu otwarcia tej zapomnianej przez wszystkich arterii. Zastanawiało mnie zawsze przed kim odgrywają te swoje teatrzyki, bo przecież nie przed wyborcami, którzy ten kilometr utwardzonej leśnej drogi mają głęboko i z pewnością woleliby za te pieniądze mieć naprawiony chodnik przed własnym domem.

A już szczytem wszystkiego było gdy podczas jednaj z imprez na wyspie, moją uwagę przykuło podejrzane poruszenie przy brzegu rzeki... wytężam wzrok, przebijam się przez mały tłumek i co widzę? Facet, który jakiś rok temu pojawił się w Pile znikąd i nagle stał się ważną personą w naszym mieście i to w dodatku mający chrapkę na pewien bardzo intratny fotelik, pogina w kajaczku machając w kierunku gawiedzi z wyszczerzem godnym reklamy pasty do zębów... błagam... mało tego, patrzę uważniej i dostrzegam jego przecudnej urody, wykrochmaloną, białą koszulę, spodnie na kancik i półbuty... litości...półbuty w kajaku?!?...Urocze dziewczę siedzące na przedzie nieźle się uwijało z tym wiosłem, bo przecież nasz VIP machać do tłumu musiał, więc rączki miał zajęte...

Bo polityka, zwłaszcza ta zaściankowa, rzadko miewa ludzkie oblicze...

Zrzęda

 

Aby móc dodawać komentarze musisz się zalogować.

PARTNERZY

 
REKLAMA
Reklama
Reklama