Reklama
Reklama
Reklama

Po godzinach:

Za gorąco?... wysterylizuj koty;)


 

Upał..., słońce..., plażowicze w strojach kąpielowych...  riwiera? Nie! Pilskie blokowisko... Budynki zbyt słabo zaizolowane stały się siejącymi postrach piekarnikami, z których uciekamy niczym niedosmażone kurczaki, szukać schronienia na płotkach, czy innych jelonkach;)


Ja w moim małym osobistym piekarniku, zdechłabym już dawno, gdyby nie sterylizacja moich kotów. Tak tak, bo im chłodno być musi, więc pod tym pretekstem wyłudziłam od taty mega wiatrak, i teraz wieje u mnie prywatny halny, a co! Koty jakoś sobie radę dają bez niego, więc z potarganą czupryną rozmyślam, w przyjemnym chłodku, o stale rosnącym rachunku za prąd i patrzę (przez okno rzecz jasna), z niekrytym politowaniem na fit-rowerzystów pedałujących w upale. Mało tego, wiem gdzie oni wszyscy tak zgodnie podążają... z pewnością zamarzyło im się pomoczyć tyłki w jednym z okalających Piłę bajor (nazywanych butnie jeziorami). Ba! Sama raz nawet dałam się namówić, aby z uroków pilskich, dzikich plaż skorzystać... i skończyło się to straszną awanturą i prawie zawałem jednej przemądrzałej paniusi.

Zaczęło się niepozornie... koleżanka namówiła mnie na piknik, na dzikiej plaży, nad jednym z pobliskich jeziorek. Zadzwoniła, że już tam jest, i że w zasadzie nie ma nikogo, poza jej mężem i jeszcze jedną migdalącą się parką... dałam się zatem namówić. Po drodze wpadłam na genialny plan, że zabiorę psa moich rodziców, a niech się wykąpie, w końcu też musi być mu strasznie gorącą. Ponieważ ów pies zwany dalej Pimpkiem jest raczej pokaźnych rozmiarów, rzadko ma okazję zakosztować swobodnego biegania... uznałam, że będzie to świetna okazja by się biedaczysko wyhasało. Jak tylko zajechałam na leśny parking i otworzyłam drzwiczki samochodu, Pimpek wystrzelił, jak rakieta, w bliżej nieokreślonym kierunku... a niech ma – pomyślałam i poczłapałam w kierunku oddalonej o jakiś kilometr plaży. Zanim przeszłam połowę dystansu, usłyszałam przeraźliwe piski i okrzyki dochodzące znad wody, przyspieszyłam zatem kroku i gdy minęłam linię lasu, moim oczom ukazał się komiczny widok. Pusta plaża, w tak zwanym międzyczasie, została doszczętnie zasiedlona przez piknikujące rodzinki, małe dzieci, zbuntowaną młodzież i staruszków..., co niezmiernie ucieszyło poczciwego Pimpka, który jak na porządnego psa przystało, postanowił się ze wszystkimi przywitać. Biegał od kocyka do kocyka skacząc na ludzi i unosząc w powietrze potężną chmurę kurzu... Kobiety krzyczały, dzieci płakały..., a jedna starsza pani, w skąpym bikini, trzymała się za okazały biust krzycząc: potwór... potwór...

No nic... mój błąd... złapałam Pimpka na smycz i chciałam się cicho ulotnić... Jednak rozwścieczona gawiedź, w postaci grupki szanownych małżonków, postanowiła udzielić mi zbiorowej reprymendy:

-        Jak można takiego psa puścić bez kagańca, przecież tu dzieci się kąpią!- krzyczał czerwony jak burak tatuś osmarkanego dwulatka.

-        W takim razie trzeba zawiadomić opiekę społeczną! – palnęłam bez zastanowienia – to jest zdaje się niedopełnienie podstawowej funkcji rodzicielskiej czyli narażenie dziecka na utratę życia, lub zdrowia. Kąpielisko jest niestrzeżone, a poza tym, z tego co wiem, sanepid nie dopuścił tego zbiornika do kąpieli – zmyślałam jak z nut.

Uroczy pan o fizjonomii prosiaczka poczerwieniał jeszcze bardziej, zgromadzonym miny zrzedły, bo przecież trochę racji w tym było, a ja oddaliłam się szybko korzystając z chwili dezorientacji. W duchu przysięgłam zaś sobie:

-        Nigdy więcej dzikich plaż!

 


Maruda


Ps. Paniusi w bikini po krótkiej chwili przeszło... nie omieszkałam telefonicznie zatroszczyć się o jej zbolałe serduszko:)

 

I jeszcze fotka na poprawę humoru :)

 


 

Aby móc dodawać komentarze musisz się zalogować.

PARTNERZY

 
REKLAMA
Reklama
Reklama