Reklama
Reklama
Reklama

Po godzinach:

Zrzędliwy dziennik – diabelski fotograf

 

Od pięciu lat mam nieaktualny dowód osobisty, to znaczy niby nowy, bo wygląda jak karta kredytowa, a jednak nieaktualny. Bo widnieje na nim niejaka Jolanta M., podczas gdy owa Jolanta już od pięciu lat jest - nie M., lecz P., mało tego, zamieszkuje ona wedle tego parszywego dokumentu przy ulicy Bydgoskiej, podczas gdy od (uwaga) 9 lat zameldowana jest na Żeromskiego. Czyli wychodzi na to, że blisko dziesięć lat legitymuję się nieważnym dowodem...


Nie przeszkodziło mi to zupełnie w kupnie mieszkania..., zaciągnięciu kredytu ma 35 lat i wielu innych rzeczach, których podobno nie da się zrobić bez aktualnego dowodu osobistego. I nagle, o zgrozo, jakaś niunia z biura nieruchomości oświadcza mi, niczym skrzeczący Franek z reklamy Pleya, że: „ bez aktualnego dowodu to teraz pani nawet garażu nikt nie sprzeda, o domu nie wspominając”. Zagotowało się we mnie, bo fabię urzędową mam nie od dziś, ale chcąc nie chcąc musiałam dać się porwać wirowi biurokracji i o owy nieszczęsny dokument się postarać.

Trzy dni zajęło mi zastanawianie się nad tym od czego zacząć... i wyszło na to, że od zdjęcia chyba. No ale, że decyzyjność u mnie w skali od 1 do 10 plasuje się gdzieś w granicy -3, kolejne trzy dni zastanawiałam się którego fotografa wybrać. Polazłam w końcu do zakładu i mówię, że zdjęcie mi potrzebne, Stojący za ladą około pięćdziesięcioletni goguś obrzucił mnie pogardliwym spojrzeniem i spytał :

-        ale już?

-        nie ku...wa – pomyślałam – w przyszłym miesiącu.

Wnioskuję, że zdziwienie gogusia wynikało z mojego stanu zewnętrznego, który nie pozostawiał wątpliwości, że nijak się do tego zdjęcia nie przygotowałam, makijażu brak,fryzury brak, uśmiechu brak. Siadłam na krzesełko a goguś kręcił mi łebkiem jak szmacianej lalce, musiałam się mocno powstrzymywać, by nie powiedzieć mu co o tym myślę i gdzie mam to, że lewy profil mam lepszy. Mało tego jak już napstrykał kilka fotek łaskawie wyszeptał:

-        niech Pani coś sobie wybierze...

-        a co to kurna – macdonalds – kto tu w końcu ma się znać na tych zdjęciach ja czy goguś – to pytanie zadałam sobie rzecz jasna w głowie, natomiast głośno burknęłam – dziękuję, wszystko mi jedno.

-        Ale... próbował coś wybulgotać goguś..., że nie chce pani zobaczyć?

-        Nie - ucięłam i wyszłam, bo już wcześniej na drzwiach wyczytałam, że na zdjęcie czeka się dwadzieścia minut.

W myślach obrzucałam gogusia najwykwintniejszymi epitetami i oglądałam okoliczne wystawy. Jak to jest, że nastolatki potrafią w trzy minuty po pstryknięciu umieścić półnagą fotkę na facebooku, a ja na parszywą dowodówkę muszę czekać 20 minut i jeszcze dopłacić jak za ekspres. Wynika to pewnie z tego, że wybrałam najgorszy zakład fotograficzny w mieście, ale o tym dowiedziałam się niestety dopiero po fakcie, od przypadkowo spotkanej koleżanki, z typu tych, które wszystko wiedzą najlepiej.

Po dwudziestu minutach niezwykle dumny z siebie goguś wręczył mi cztery dowodówki.

-        gratis dorzuciłem Pani dwa powiększenia.

-        Dziękuję - burknęłam, a w duchu dodałam – na ch... mi one, przecież i tak zaraz po wyjściu z tego pożal się boże zakładu wylądują w śmietniku.

Wyczłapałam się na ulicę mokra jak szczur, bo przecież nagle lato się zrobiło i zerknęłam tylko na owe darmowe powiększenia. Matko z córką, takiego chłamu nie widziałam jak żyję, pomijam moją szanowną gębę, ale już jej kolor, nie może zostać pominięty.... ni mniej ni więcej – moja twarz na tych zdjęciach była koloru starej marchwi. Upstrzona plamami i przebarwieniami, w dodatku okolona wianuszkiem loków, koloru mokrego mopa. W lewym górnym rogu załapał się nawet kawałek parasola, który w studiu robił klimatyczne oświetlenie. Błyskawicznie podarłam owe, darmowe powiększenia i zerknęłam na dowodówki, uffff – troszkę lepiej. Twarz nadal marchewkowa, ale za to mała i nie ma parasola, więc chyba nie trzeba ich poprawiać – tego mogłabym nie przeżyć. Na szczęście – powiedziałam sama do siebie, gdy wkulnęłam się za kierownicę samochodu –fotki w dowodzie są czarno-białe i niezwykle małe . Spokoju nie dawała mi jednak myśl, że za niespełna dwa miesiące, całą tę misterną operację trzeba będzie powtórzyć, bo w końcu zmienię znów adres zameldowanie. W duchu wiedziałam jednak, że i tak żadna siła nie zmusi mnie do zmiany dowodu, dopóki nie stanie się to absolutnie niezbędne... czyli pewnie za kolejne 10 lat;)

 

 

Zrzęda


 

Zrzędliwy dziennik – diabelski fotograf

 

Aby móc dodawać komentarze musisz się zalogować.

PARTNERZY

 
REKLAMA
Reklama
Reklama