|
Mamoblog cz. 20
27 listopada, 16:44
Żyję. Wymknęłam się do kafejki pod pretekstem sprawdzenia, czy ogołociliśmy konta już do reszty, czy można jeszcze z nadzieja pochylać się nad bankomatem. Okazuje się, ze jeszcze lekko można. Do końca jeszcze 3 dni, chociaż pobyt może nam się nieco przedłużyć- podobnie jak trzem ostatnim grupom, którym zafundowano dodatkowa dobę wakacji- z powodu śnieżyc nad Talinem. hm... Nie zmartwiłoby mnie to szczególnie- jeszcze jeden dzień słońca, lenistwa, obżarstwa. Zmykam, bo mąż się niecierpliwi.
1 grudnia, 18:17
Wróciłam. Wynurzyłam się z ciepłych mórz i oparów sziszy, by przeżyć szok termiczny na warszawskim lotnisku. Powoli się aklimatyzuję, aczkolwiek byłoby znacznie łatwiej bez pamiątki z wakacji w postaci paskudnego wirusa, którego oboje z M przywieźliśmy. Kurujemy się miętową herbatką i drobiowym pasztetem (okazał się jedynym tolerowanym pokarmem) oraz na zmianę okupujemy łazienkę. W dodatku pies ma cieczkę, a kot jakieś zaburzenia, objawiające się olbrzymim, niepohamowanym, wściekłym apetytem.
Rajskie wakacje minęły dokładnie tak, jak planowaliśmy, czyli na bezwstydnym lenistwie. Bez męczących wycieczek fakultatywnych i dzikich imprez do rana, za to w beztroskim ogłupieniu, kiedy to najbardziej nurtujące pytania i najpoważniejsze problemy brzmiały mniej więcej tak: - "Wejść do wody czy jeszcze poleżeć?" - "Ciekawe, czy wyjdą zdjęcia z podwodnego aparatu..." - "Trzeba by ogolić nogi..." - "Ciekawe, czy dam radę utargować tą chustę na 6 dolarów?" - "Zmieszczę jeszcze deser?" - "Iść na plażę, czy zostać przy basenie?" - "Co znaczy habibi?"
Staram się nie wymagać teraz za wiele od siebie, w związku z tym.
Odniosłam wymierne korzyści wynikające z bycia w ciąży. Po pierwszej nocy w dość nieciekawej klitce zmieniono nam pokój na większy i na parterze, w trosce o moje zdrowie, a w dzień wyjazdu przedłużono dobę hotelową, co bym sobie mogła dłużej poleżeć przed wyjazdem. Skwapliwie korzystałam z tych udogodnień, odpowiednio, rzecz jasna, wypinając brzuch i wydając stosowne westchnienia i postękiwania. Trwałbym pewnie w tym poczuciu bezkarności, oczekując przywilejów i dając się rozpieszczać, gdyby nie kubeł zimnej wody, wylany mi na głowę przez jakiegoś miłego Mahometa w okienku na lotnisku, który na pytanie, czy moglibyśmy dostać miejsca przy wyjściu awaryjnym, co byłoby "much more comfortable, as there is more space for legs, which is important for me, because I'm PREGNANT (i co? podskoczysz? hehe) bablabla..." Na co usłyszałam:
“I'm very sorry, but we can give these seats only to YOUNG and FIT passengers...”
Na nic były moje tłumaczenia, że jestem jak najbardziej fit i young, a także szczere oburzenie i poczucie krzywdy. Oficjalnie zostałam uznana za ociężałego babona, który utrudni ewakuację w razie emergency. Sama tego chciałam.

Mamoblog
<< poprzedni wpis ...... następny wpis >> |