Reklama
Reklama
Reklama

Baby boom:

Mamoblog cz.1.

 

1 października, 14:10

Zabawne, ile mogą pokrzyżować dwie równoległe linie. Przyglądając się im z niedowierzaniem, doszłam do wniosku, że to znak równości, wskazujący wynik najprostszego równania. No tak.
Wiadomo było, że to się tak skończy. Tylko, cholera, nie przypuszczałam, że teraz.

Od tamtego dnia minęły już trzy tygodnie. Początkowa panika ustąpiła miejsca lekkiemu niedowierzaniu, a nawet nieśmiałej radości.

Dobrze, że ciąża trwa tak długo- pomijając fakt, że gdyby dzieci przychodziły na świat i były w stanie normalnie funkcjonować na przykład w formie, jaką przyjmują, powiedzmy, w okolicach dwudziestego tygodnia życia płodowego, co znacząco przedłużałoby i komplikowało opiekę nad noworodkiem, to dodatkowo powodowałoby, że zdezorientowana kobieta mogłaby równie dobrze otrzymać pakunek od bociana- poziom przygotowania psychicznego byłby podobny. Jak się dłużej nad tym zastanawiam, to uważam, że lepiej byłoby dla mojego potomstwa, gdybym się urodziła słonicą.
Tak czy siak, za wiele czasu nie ma- przede mną tylko niecałe 32 tygodnie, czyli 228 dni, które zamierzam wykorzystać jak najowocniej. Poczyniłam już pierwsze kroki w tym kierunku i zaopatrzyłam się w fachową literaturę. Wnioski i postanowienia, do jakich doszłam po wstępnym zapoznaniu się z nią są następujące:

  1. Będę bezwzględnie omijać rozdziały, zawierające słowa "komplikacje", "patologia", "poronienia", "problemy", a jeśli już przypadkiem w nie zerknę, to nie będę sobie wmawiać, że opisane sytuacje z pewnością mnie dotyczą. Co więcej, nie będę się skupiać na wyszukiwaniu niepokojących symptomów, ani tym bardziej zadręczać się wyimaginowanymi dolegliwościami.
  2. Będę póki co bezwzględnie omijać rozdział "Poród", a jeśli już przypadkiem w niego zajrzę, to nie dam się przekonać, że w rzeczywistości wygląda to aż tak drastycznie i obrzydliwie. (Pamiętać: zapytać lekarza, czy te beznadziejne porodowe koszuliny są obowiązkowe, czy można się zaprezentować nowo narodzonemu dziecku w nieco bardziej efektownej formie.)
  3. Nie będę się niecierpliwić, widząc, że moje dziecko dopiero za parę ładnych tygodni będzie bardziej przypominało człowieka niż krewetkę.
  4. Nie dam sobie zepsuć humoru widokiem ciążowych ogrodniczek rodem z lat 80'- czasy się zmieniły, a ubrania ciążowe nie różnią się obecnie od normalnych. Co więcej, obecny stan otwiera przede mną zupełnie nowe odzieżowe perspektywy- wreszcie nie trzeba będzie wciągać brzucha, a i na własny dekolt da się spojrzeć łaskawszym okiem.
  5. Nie dam sobie wmówić, że rozstępy są "hołdem złożonym macierzyństwu" i zawczasu zastosuję odpowiednie środki zapobiegawcze.
  6. I najważniejsze- nie będę się obwiniać za wątpliwości, niepokoje i niepewności.


Dziecko prawdopodobnie wygląda teraz tak:


1 października, 19:10

Chwilami mam wrażenie, że padłam ofiarą spisku. Według mojej teorii, poza M i najbliższą rodziną, w ów spisek została również zamieszana skorumpowana pani doktor (kto nie dałby sobie wmówić, że przypadkowa kropka na ultrasonograficznym wydruku jest trzymilimetrowym zarodkiem?) oraz pani z apteki, sprzedająca trefne testy ciążowe.

Może któregoś dnia moi rodzice i zaniepokojony M doszli do wniosku, że prowadzę wyjątkowo destrukcyjny tryb życia, mam za dużo nałogów i niechybnie nadwątlone zdrowie i jedynym wyjściem jest zastosowanie terapii szokowej, mającej na celu dobrowolny detoks? Po wnikliwym przyjrzeniu się sprawie, wykluczyłam jednak tę ewentualność. Może po prostu przytrafiła mi się najzwyklejsza w świecie biologiczna pomyłka?
Skąd te podejrzenia? Otóż, nie doświadczam absolutnie żadnych atrakcji, zaliczanych do ciążowych atrybutów. Żadnych porannych mdłości ( dwa wieczorne dyskretne pawie, będące efektem nadmiernego obżarstwa raczej się nie liczą), poczucie permanentnego zmęczenia stanowi raczej przykrywkę dla wrodzonego lenistwa niż faktyczną dolegliwość, żadnych śledzi z czekoladą, czy innych ogórków z miodem (jedynie przypływ ciepłych uczuć względem buraczków i draży z pajacem), humory i upierdliwość też w normie. A nie, przepraszam, przez chwilę zdarzało mi się wyjątkowo wzruszać. Przeszłam też krótki etap "kulinarnego Syzyfa"- pichcąc cały dzień coś, na co absolutnie miałam ochotę i doświadczając nagłego odpływu apatytu z chwilą umieszczenia tego na talerzu. W ogólnym rozrachunku, jakoś jednak mnie to nie przekonuje. Może jak mi pokażą czarno na białym- tu głowa, tu noga, to dotrze.

 

Mamoblog

 

...następny wpis >>



 

Aby móc dodawać komentarze musisz się zalogować.

PARTNERZY

 
REKLAMA
Reklama
Reklama