Reklama
Reklama
Reklama

Baby boom:

Dzień Dziecka

 

„Za moment Dzień Dziecka.

W ten wyjątkowy dzień Maluchy rządzą. Jedzą lody, dostają prezenty, są w centrum uwagi, bawią się, śmieją, szaleją, a Świat Dorosłych robi wszystko, żeby były szczęśliwe...”


Usiadłam przed komputerem, celem napisania okolicznościowego artykułu z okazji Dnia Dziecka. Gdzie się wybrać, w co bawić, jak sprawić, by to święto było udane i niezapomniane, jaki prezent wybrać.

Tymczasem...Chwila. Czytam to, co właśnie napisałam...

I już wiem, że ten tekst będzie z zupełnie innej beczki.

Czy Dzień Dziecka w dzisiejszych czasach nie trwa przypadkiem cały rok?

Nie oszukujmy się- dzieci to ogromna siła napędowa handlu i mediów.

W sklepie z zabawkami dostajemy oczopląsu, w ofercie kablówki znajdujemy kilkanaście kanałów dziecięcych, do kin wchodzą coraz bardziej wymyślne i technicznie zaawansowane kreskówki. Dzieci są wdzięcznym i bardzo chłonnym targetem. Choć nie kupują sobie tego wszystkiego same, stoją za nimi coraz bardziej skołowani rodzice, którym sprytni marketingowcy podszeptują podstępnie „Twoje dziecko zasługuje na wszystko, co najlepsze. Jego koledzy już to mają.” W ten sposób wpadamy w samonapędzjącą się maszynę- kupujemy zabawki, które noszą markowe logo, wydają kilka dźwięków i mają trzycyfrowe ceny, kupujemy grę komputerową, a za kilka miesięcy jesteśmy zmuszeni nabyć jej kontynuację, dajemy się wpędzać w poczucie winy, gdy nasze dziecko nie ma czegoś, co w jego klasie jest obecnie na topie. Zapewniamy dzieciom coraz bardziej wyszukane rozrywki, ponownie dając się zapędzić w kozi róg, bo za każdym razem musi być lepiej, ciekawiej, bardziej ekscytująco. W ten sposób kształtujemy małych malkontentów, którzy wszędzie już byli, wszystko widzieli i wiecznie się nudzą. Pozbawiamy ich przez to umiejętności cieszenia się z małych rzeczy. Przyznacie- wspólne rysowanie, czy pieczenie ciastek w sobotnie popołudnie jest marną alternatywą dla wyprawy do aquaparku, na quady, czy seans 3D w kinie.

Ba! Ten „wyścig zbrojeń” zaczyna się już w okresie prenatalnym. Wtedy, jako przyszli rodzice, jesteśmy szczególnie podatni na sugestie na temat tego, co naszemu nienarodzonemu jeszcze dziecku jest absolutnie niezbędne. I gromadzimy olbrzymie „wyprawki”. Potem nie jest lepiej. Od początku jesteśmy dokładnie instruowani, jakie pieluchy, kaszki, kosmetyki, deserki kupować, żeby „najważniejsi ludzie na świecie” wyrośli na „przyszłych mistrzów” i nic nie zakłócało ich „złotego snu”.

Co więcej, nie chodzi tu tylko o materialny wymiar rodzicielstwa.

Dzieci organizują nasz czas, zajęcia, rytm dnia, nasze nawyki, tematy rozmów.

Żyjemy  w epoce Superniani, nie dajemy klapsów, nie podnosimy głosu, nie zakłócamy naturalnego rozwoju dziecka, nawet, gdy przejawia się on rozsmarowywaniem jedzenia na obrusie i rysowaniem po ścianach, traktujemy dzieci jak równoprawnych partnerów.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie odważy się już powiedzieć, że „dzieci i ryby głosy nie mają”.  Nie raz zdarzyło mi się być świadkiem sytuacji, gdy dorośli przerywają rozmowę, bo dziecko chce zabrać głos albo chodzą na paluszkach, bo dziecko właśnie zasnęło.

Nie zrozumcie mnie źle- sama od ponad roku jestem mamą i kocham moje dziecko nad życie, ale jestem wyznawczynią niezbyt popularnego poglądu, że dziecko powinno znać swoje miejsce w „hierarchii stada”. Po pierwsze, daje mu to poczucie bezpieczeństwa- bo jest ktoś mądrzejszy, kto wie lepiej i czuwa. Po drugie, jest bodźcem do rozwoju i samodoskonalenia- bo uznanie i podziw w oczach rodzica jest bezcenną nagrodą.

Z okazji Dnia Dziecka, życzę dzieciom, żeby były dziećmi, a nie małymi-dorosłymi, wplątanymi w sidła konsumpcjonizmu i bezstresowego wychowania królewiątkami.

I żeby zamiast kolejnej wypasionej zabawki, dostały od swoich rodziców najcenniejszy prezent- wspólny beztroski czas.


tekst: Natka Huzarewicz-Odyniec


 

Aby móc dodawać komentarze musisz się zalogować.

PARTNERZY

 
REKLAMA
Reklama
Reklama