|
Mamoblog cz. 9.
15 października
Przyłapałam ostatnio M. na studiowaniu "Polski na rowerze": M: Wiesz co, a może byśmy w przyszłe wakacje zrobili sobie taki rowerowy rajd? No wiesz, spanie pod namiotem i w ogóle. Poprawilibyśmy sobie kondycję, zobaczyli jakieś fajne miejsca... A nie, kurde, przecież będziemy mieli dziecko.
16 października
Za oknem taki syf, że mogę zapomnieć o projekcie tulipany&krokusy. A miałam naprawdę mocne postanowienie zasadzenia tych 180 cebulek- kupiłam sobie nawet profesjonalny szpadelek w tym celu. Chyba wyłączyła mi się funkcja "łaknienie" i mam przeczucie, że ma to związek z wczorajszym omletem wielkości ufo.
Uważam, że do listy kataklizmów i klęsk żywiołowych powinno się dodać przeziębienia, grypy i w ogóle chorowanie w wykonaniu męskim. Lekki katar, zaczerwienione gardło, niewielka gorączka zyskują wtedy rangę śmiertelnych przypadłości, uprawniających do zalegania na kanapie, nicnierobienia i cierpiętniczych jęków oraz wzdychań. Bo przecież niechybny koniec już bliski.
Ja: To Ty jeszcze nie zabrałeś się do pracy? M: Nie. Ja: A kiedy zamierzasz? M: Jak poczuję się lepiej. Ja: Nie chcę Cie martwić, ale może się to zdarzyć za trzy dni.
Nie chcąc wyjść na potwora bez serca, ulotniłam się szybko, nie wspominając już o tym, że czas nas goni, kilka ścian czeka na pomalowanie, trzeba przykręcić listwy przy podłodze, złożyć meble i że jeśli natychmiast nie ruszy tego umierającego tyłka z kanapy, to sama wskoczę na drabinę i pomaluję ten cholerny sufit.
Wolę sobie nie wyobrażać, co by się działo, gdyby matka matura skazała mężczyzn na comiesięczne krwawienie. Myślę, że izby przyjęć pękałyby w szwach, pełne pacjentów przerażonych śmiertelnym krwotokiem, firmy farmaceutyczne zbijałyby kokosy na produkcji coraz to lepszych środków przeciwbólowych, a menstruacja zyskałaby rangę męczeństwa, uprawniającego do urlopu, refundacji leków i środków higienicznych, a nawet pomników dzielnych bohaterów, poległych w starciu z wszechmocną naturą.
Matko, a porody...? Pewnie wreszcie odziały położnicze zaczęłyby spełniać najwyższe standardy, a znieczulenia byłyby bezpłatne i ogólnie dostępne.
Mam moralny dylemat. 
Nie chcę uczestniczyć w zabijaniu kretów. Krety, co prawda, wkurzają mnie prawie tak jak kleszcze i te wstrętne łazienkowe robaki, przypominające plemniki, ale to nie powód, żeby je od razu eksterminować. A, przypuszczam, że w tym właśnie celu tata zakupił ciężką amunicję, po tym, jak zobaczył, co te zwierzątka wyprawiają z naszym przepięknym, potem i łzami podlewanym trawnikiem.
Próbowałam po dobroci. Zakupiłam odstraszacz, zasilany promieniami słonecznymi. Producent zachwalał, że ustrojstwo wydziela niewyczuwalne dla ludzi i innych zwierząt drgania i ultradźwięki, przypominające te, od których zaczyna się trzęsienie ziemi. No i krety odbierają niepokojące sygnały i zawijają się w bezpieczniejsze miejsce (prawdopodobnie do ogrodu sąsiadów). W dodatku urządzenie ma zasięg iluśtamset metrów i jest absolutnie skuteczne. Efekt? Na środku ogrodu wystaje z ziemi kikut, czyli odstraszacz solarny, a wokół niego wianuszek zgrabnych kopczykow. Powinnam zrobić zdjęcie i wysłać producentowi, bo mam wrażenie, że coś tu jest nie halo.

Mamoblog
<< poprzedni wpis ....... następny wpis >>
|